tytul: Konferencja: Nauka o zmianach klimatu – jak rozmawiać ze społeczeństwem?*tytul: Czy Polska chce troszczyć się o Bałtyk?tytul: Pakt dla klimatu ponad podziałamitytul: PGE nie może ściemniać!tytul: Dentsply - zaprzestań handlu amalgamatem dentystycznym!tytul:  Naukowcy ostrzegają: zanieczyszczenie rzeki Sprewy związkami żelaza to problem na stulecietytul: Chińskie władze zawstydzają polski rządtytul: Energa traci. Rząd tnie wsparcie dla zielonego prądu
min
wiadomości

Trudna sytuacja branży OZE.

Taduesz Podgajniak: Rządzą nami ludzie, którzy nie rozumieją wyzwań stojących przed sektorem energetycznym
opublkowano 26 września 2013r.

 O trudnej sytuacji branży OZE rozmawiamy z Tomaszem Podgajniakiem, byłym ministrem środowiska, wiceprezesem Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej.

reo.pl: Ostatnio nasi najważniejsi politycy, wypowiadając się na temat przyszłości polskiej energetyki, wielokrotnie i zgodnie powtarzali: naszą przyszłością jest węgiel. Z Kancelarii Premiera płyną sygnały, że regulacje dotyczące energetyki odnawialnej miałyby być ograniczone tylko do procedowanej obecnie w Senacie nowelizacji Prawa energetycznego. Do tego w Kancelarii Prezydenta opracowano projekt tzw. ustawy krajobrazowej, którego autorzy nawet nie próbują ukrywać, że ich celem jest ograniczenie możliwości rozwoju sektora energetyki wiatrowej. Jak zatem rysuje się przyszłość branży OZE?

Tomasz Podgajniak: Rzeczywiście, trudno się oprzeć wrażeniu, że rozwój OZE w Polsce stał się solą w oku większości polityków. Nie bardzo rozumiem tę niechęć, bo powody przedstawiane publicznie to w znacznej części pomieszanie fałszywych mitów z półprawdami, nacechowane ewidentnym brakiem woli zrozumienia nawet podstawowych faktów, nie mówiąc już o ogarnięciu problemu w całej jego złożoności. To, że największe gospodarki świata rozwijają ten sektor na potęgę, zbywane jest lekceważącym wzruszeniem ramion i twierdzeniami, że to szaleństwo wkrótce minie. Dodatkowo epatuje się opinię publiczną nieprawdziwymi informacjami. Przykłady? Proszę bardzo.

W listopadzie 2012 r. w momencie, kiedy ceny zielonych certyfikatów osiągnęły historyczne minimum, a ceny energii elektrycznej w kontraktach długoterminowych także się obniżały, minister Tomczykiewicz, sekretarz stanu w MG, w wywiadzie dla jednego z portali mówił (cytuję z pamięci), „Wsparcie OZE przekłada się na ceny energii elektrycznej. To ok. 40 zł na megawatogodzinę, a więc dwa razy więcej niż akcyza". Miało to uzasadniać działania MG mające podobno spowodować oszczędności w tym zakresie, mimo iż jednocześnie deklarowano, choć jak się okazuje tylko deklarowano, zwiększone wsparcie dla sektorów o wyższych kosztach produkcji, takich jak fotowoltaika, czy wiatrowa energetyka morska.

W tym samym czasie MG szacowało, że maksymalne obciążenie ceny energii z tytułu zielonych certyfikatów nie przekracza 28 zł, skwapliwie pomijając jednocześnie informację, że jest to szacunek zakładający, iż certyfikaty zbywane są po cenie maksymalnej, a nie za 40 proc. ich wartości, a co najmniej 20 zł z tej kwoty to wsparcie dla współspalania i dużej, dawno zamortyzowanej hydroenergetyki.

Gdy publikując projekt zmian w zasadach wspierania OZE w grudniu 2011 r. Ministerstwo Gospodarki chciało uzasadnić zmniejszenie tej pomocy dla branży wiatrowej, wskazywało w swoich prezentacjach, że koszty produkcji energii w elektrowniach wiatrowych nie przekraczają 250 zł/MWh, co przy ówczesnym poziomie wsparcia miało dawać stopy zwrotu sięgające kilkudziesięciu procent. Natomiast tenże minister Tomczykiewicz w artykule, który kilka dni temu ukazał się w „Rzeczpospolitej” podaje już zupełnie inne dane – energia z wiatru kosztuje co najmniej 460 zł/MWh.

Czyżby resort gospodarki zweryfikował swoje dane? Ależ skądże! Dziś chodzi o udowodnienie, że energia z węgla jest najtańsza – 280 zł/MWh (co i tak jest, nawiasem mówiąc, ceną dwukrotnie wyższą niż aktualne notowania cen energii elektrycznej na giełdzie)! Poprzednio chodziło o to, żeby zdławić rozwój sektora lądowej energetyki wiatrowej. Zapewne liczy się na to, że ludzie mają krótką pamięć, zwłaszcza do liczb i nie będą w stanie przypomnieć sobie zapewnień ministerstwa sprzed półtora roku.

Przykłady dezinformowania opinii publicznej można mnożyć i nie dotyczy to tylko resortu gospodarki, ale także ministerstw skarbu, zdrowia, środowiska, a także finansów. Jeżeli się jednak wgłębić w te wypowiedzi, to się okazuje, że nie mają one głębszych podstaw merytorycznych i raczej są odzwierciedleniem jakichś lęków i wszechogarniającego nas obskurantyzmu, niż skutkiem realizacji przemyślanej strategii.

reo.pl: Jak zatem branża OZE chce sobie poradzić z tymi problemami? Zdaniem Donalda Tuska odnawialne źródła energii mogą być jedynie uzupełnieniem naszego miksu energetycznego i w to w ilości, do której zobowiązuje nas UE, nic więcej. Ciągle nie ma decyzji w sprawie ustawy o OZE, którą większość ekspertów wskazuje jako warunek unormowania sytuacji.

T.P.: Odpowiadając, muszę na wstępie przypomnieć stary dowcip, który pozwoli zrozumieć to, jak ja – jako inwestor – czuję się w obecnej sytuacji. Pewien mężczyzna miał dość uciążliwy zwyczaj, że kiedy się napił, przed położeniem się do łóżka zrzucał buty i walił nimi mocno o podłogę. Jego sąsiad z dołu, który najdotkliwiej to odczuwał, zaczepił go za którymś razem i powiedział: Panie, to, że pan pijesz, to pański problem, ale to, że tymi butami tak rzucasz i budzisz mnie w środku nocy, to jest nie w porządku. Następnego dnia mężczyzna znów wrócił do domu pijany, rzucił jednym butem i przypomniał sobie o uwadze sąsiada. Więc drugiego po cichu odłożył na podłogę i poszedł spać. Za jakiś czas budzi go dzwonek do drzwi. Mężczyzna otwiera, a tam sąsiad cały w nerwach krzyczy: No rzuć Pan tym drugim butem, bo ja zasnąć nie mogę!

Teraz mamy do czynienie właśnie z taką sytuacją. Rząd zachowuje się tak, jakby był w pijanym widzie. Resort gospodarki – to dziś już wyraźnie widać – wysmażył bez konsultacji z innymi resortami beznadziejny projekt ustawy o odnawialnych źródłach, wywołując tym na rynku, ale także wśród polityków niezdrowe emocje. Jedni widzieli już swoją szansę na interes życia, inni zadrżeli z obawy o już zrealizowane inwestycje. Jeszcze inni zaczęli liczyć miliardowe koszty, jakie obciążyć mają konsumentów. I co? But został rzucony o podłogę, ale drugi zawisł w powietrzu… Ostateczny projekt ustawy nie trafił i nie wiadomo, czy kiedykolwiek trafi do prac parlamentarnych. I dziś cały sektor, a wraz z nim instytucje finansujące, w nerwowym oczekiwaniu spekulują, co nam ostatecznie politycy wysmażą….

Powiem jednak coś, co dla wielu moich kolegów z branży może się wydać herezją. Z punktu widzenia inwestora zawodowej energetyki OZE, tej średnioskalowej, np. farm wiatrowych, czy biogazowni, brak ustawy o OZE nie miałby większego znaczenia, gdyby nie fakt, że półtora roku temu Ministerstwo Gospodarki pokazało ten bardzo zły projekt, a potem wielokrotnie obiecywało, że już za tydzień, za miesiąc poprawi go i skieruje do Sejmu. Powtórzę po raz kolejny, to był bardzo kiepski akt prawny! Spotkał się z wielowymiarową krytyką zainteresowanych środowisk. Wraz z jego publikacją rozbudzono, gasnące już dziś, nadzieje na powstanie szeroko pojętej energetyki prosumenckiej, ale także stworzono miraż „złotodajnej” wielkoskalowej energetyki fotowoltaicznej. Jednocześnie wywołano nerwowość tych inwestorów, z sektora wiatrowego, biogazu, czy małej hydroenergetyki, którzy mieliby mieć zmniejszone wsparcie.

Nawiasem mówiąc do dziś, mimo wielokrotnych pytań nie uzyskałem odpowiedzi na pytanie, dlaczego rząd zamierzał ograniczyć wsparcie dla najtańszej obecnie wśród źródeł OZE lądowej energetyki wiatrowej, mamiąc inwestorów wysokimi dopłatami do ciągle znacznie droższej energetyki słonecznej, czy wiatrowej morskiej. Jednocześnie mówiono, że rząd zamierza zmniejszyć obciążenia dla społeczeństwa – to ewidentny oksymoron.

To wszystko doprowadziło dziś do sytuacji, w której nikt już nie wie, jakie inwestycje będą długofalowo opłacalne, a które nie, jakie ostatecznie będą ryzyka regulacyjne, czy inwestycyjne, a nawet, czy deklaracja Premiera, że rozwój OZE tak, ale tylko tyle ile trzeba dla spełnienia celów unijnych, jest istotnie poważną deklaracją. To oczywiście przekłada się na decyzje przedsiębiorców.

Co bardziej nerwowi inwestorzy zagraniczni już wycofali się z Polski, przekazując swoje projekty tym firmom, których kierownictwa być może wiedzą, jaki będzie ostateczny wynik tych wszystkich kontredansów legislacyjnych. Reszta stoi z bronią u nogi i zastanawia się, jak uratować już zainwestowane 18 mld złotych, i czy nie poszukać innej branży do inwestowania. W tym roku zablokuje to w praktyce powstawanie nowych mocy!

Ale rząd nadal mami krajową opinię publiczną i międzynarodowe instytucje informacjami, iż oto z wielkim wysiłkiem całego społeczeństwa i przy ogromnych nakładach niesłusznie obciążających naszą gospodarkę osiągamy kolejne cele rozwoju OZE, do czego zobowiązują nas krzywdzące Polaków porozumienia wewnątrzunijne. Ale tak naprawdę to udajemy, że to robimy. W praktyce prawie 50 proc. tzw. zielonej energii uzyskiwane jest przez współspalanie trocin z węglem, za co oligopol energetyczny wystawia konsumentom rachunek rzędu 2 mld zł rocznie. W żadnym wypadku nie jest to trwała zmiana miksu energetycznego.

Rząd unika jednak odpowiedzi, ba, boi się nawet postawić pytanie, co za te pieniądze obywateli powinno być realizowane? Czy lepiej „puszczać je w komin” bo do tego prowadzą sowite dopłaty do współspalania, stanowiące de facto ukryte subwencje dla energetyki węglowej, czy raczej przekazywać je inwestorom, którzy tworzą realne moce wytwórcze, jak w przypadku biogazowni, małej energetyki wodnej, farm wiatrowych, czy nawet kogeneracyjnych instalacji na biomasę? To w tych podsektorach realizowane są konkretne inwestycje, które zmieniają, unowocześniają i zwiększają nasz potencjał wytwórczy w elektroenergetyce, ale mimo to wsparcie im przyznawane jest znacznie mniejsze.

Bez radykalnej zmiany podejścia rządu do tych kwestii życzenie pana premiera się niestety nie ziści, choć w zupełnie inny sposób niż tego oczekiwał. Szanse, że osiągniemy przyjęte w Krajowym Palnie Działań cele rozwoju OZE, zwłaszcza w elektroenergetyce są już dziś bliskie zeru. Oznacza to, że rośnie ryzyko, iż zamiast finansować rozwój nowych inwestycji w Polsce, będziemy musieli dokonać w 2020 roku tzw. transferów statystycznych i zakupić świadectwa pochodzenia zielonej energii w państwach, które będą mieć ich nadwyżki, finansując z kieszeni polskiego podatnika rozwój OZE poza naszymi granicami.

reo: Ale załamanie się inwestycji OZE wynika także z drastycznego spadku cen zielonych certyfikatów, co ewidentnie jest konsekwencją braku nowej ustawy.

T.P.: Rynek zielonych certyfikatów rzeczywiście załamał się, ale zdarzyłoby się to niezależnie od tego, czy ustawa w proponowanym kształcie zostałaby przyjęta, czy nie. W opublikowanych projektach nie było bowiem żadnego sensownego mechanizmu ograniczania ich nadpodaży. Można nawet powiedzieć więcej – gdyby system współczynników korekcyjnych, zwiększający, a nie zmniejszający podaż zielonych certyfikatów został wdrożony, zamieszanie i załamanie się cen byłoby jeszcze większe.

To co się dzieje obecnie na rynku, to wynik splotu wielu czynników – przede wszystkim braku przemyślanej i spójnej strategii inwestycyjnej oraz braku odwagi i zdolności rządu do skutecznych i adekwatnych reakcji. I nie jest to kwestia uchwalenia tej konkretnej ustawy, ale raczej stosunkowo drobnej zmiany, być może tylko na poziomie rozporządzenia ministra gospodarki, obniżającej realnie poziom wsparcia dla współspalania.

Ale obserwujemy brak woli do działania, uleganie naciskom państwowych monopolistów. Tak się dzieje zresztą w wielu innych obszarach, gdzie nierozwiązane problemy narastają, co coraz silniej bulwersuje kolejne grupy społeczne. Mówiąc kolokwialnie, trudno już dziś wskazać, kogo jeszcze ten rząd nie wnerwił! Również i w tym przypadku rząd stosuje tą samą taktykę – przeczekać, nic nie robić, bo problemami nierozwiązywalnymi nie ma się co zajmować, a problemy łatwiejsze same się rozwiążą.

reo.pl: Ale według premiera przyszłość polskiej energetyki oparta jest na węglu.

T.P.: Premier powtarza to co słyszy do chóru klakierów. Trzeba więc zapytać: na jakim węglu? Z polskich kopalń? Czy aby na pewno? Co zrobimy, jeśli się okaże, że polski węgiel ze względu na rosnące koszty wydobycia – a to jest nieuchronne, jeżeli chcemy utrzymać wydobycie na obecnym poziomie – stanie się dwukrotnie droższy od węgla rosyjskiego, ukraińskiego czy afrykańskiego? Importerzy będą nam oferować ten tańszy węgiel, a my nie będziemy w stanie wprowadzić żadnego cła ochronnego, bo złamalibyśmy porozumienia międzynarodowe o wolnym handlu. A nawet gdybyśmy mogli, to co wtedy? Szefowie polskich spółek energetycznych będą kupowali droższy węgiel w polskich kopalniach, żeby w efekcie zafundować nam najdroższą energię w całej Europie? Co wtedy powie Premier? Nakaże rozebrać połączenia transgraniczne, żeby wyłączyć polską „wyspę” z jednolitego unijnego rynku energii?

reo.pl: Prawdopodobnie nie będzie musiał już nic mówić.

T.P.: Bycie wielkim politykiem polega także, a może przede wszystkim na tym, że podejmuje się decyzje, których owoców być może nie będzie się konsumowało. Do historii jako mężowie stanu przechodzą ci, którzy podejmowali te trudne decyzje obecnie przynoszące korzyść całemu społeczeństwu. A imiona tych, którzy podejmowali decyzje głupie, czy choćby tylko nietrafione, giną w pomrokach dziejów, albo są tylko przedmiotem analiz badaczy źródeł głupoty. Premier jako historyk z wykształcenia powinien to rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny.

Niestety, żadne społeczeństwo nie jest od takiego zagrożenia wolne i najczęściej ma władze takie, na jakie sobie konsekwentnie zapracowało.

reo.pl: Jakie działania powinien podjąć rząd?

T.P.: Żeby było jasne. W żadnym razie nie postuluję, żebyśmy nagle zaczęli inwestować tylko w odnawialne źródła energii, rezygnując ze wszystkiego innego. Chodzi o odpowiednią strategię, która pozwoli w sposób sensowny, planowy i systematyczny zredukować wydobycie węgla i zastąpić go innymi nośnikami, czy źródłami energii.

Eksperci od dawna wiedzą i mówią, choć politycy nie bardzo chcą ich słuchać, że z polskim węglem będzie coraz trudniej. Części kopalń prawdopodobnie nie będzie stać na udostępnianie nowych pokładów i wydobycie będzie spadać. Dlatego tak ważne jest dziś dalekowzroczne, oderwane od schematów i odważne planowanie.

Jeżeli bowiem odbudujemy dawno zdekapitalizowane, albo jeszcze zwiększymy moce wytwórcze w elektrowniach węglowych, to zapewne już w perspektywie dekady, będą one musiały importować węgiel, żeby zarobić na spłatę nakładów inwestycyjnych. A wtedy to dostawcy zewnętrzni zaczną nam dyktować warunki.

Proces przekształcania miksu energetycznego powinien być zaplanowany w perspektywie 20-30 lat. To powinna być starannie przygotowana i przemyślana strategia również z szacunku dla tych ludzi, których dotknie. Choćby po to, żeby dać im szanse na zaplanowanie zmienionej ścieżki kariery. Bo może się okazać, że wobec braku takiej perspektywicznej strategii za moment cały ten sektor upadnie i dopiero wtedy będzie to tragedia polityczna, gospodarcza i ludzka.

Oprócz zaplanowanej ścieżki – swoistego „długiego marszu” – uniezależniania energetyki od węgla kamiennego potrzebna jest strategia dotycząca sektora węgla brunatnego – dziś jest to najtańsze źródło energii, ale koszty środowiskowe i społeczne związane z udostępnianiem nowych zasobów mogą się okazać nie do zaakceptowania.

Trzeba się też zastanowić, co z gazem, czy rzeczywiście jest to paliwo przyszłości? Moim zdaniem to raczej paliwo przejściowe, które ułatwi rezygnację z węgla i pozwoli stworzyć „pomost” po którym przejdziemy do nowej energetyki. Ceny gazu spadają i być może jedna z nielicznych mądrych decyzji tej ekipy w dziedzinie energetyki – o budowie gazoportu – sprawi, że spadną jeszcze bardziej.

To może spowodować, że opłaci się rozwijać kogeneracyjne źródła gazowe, gdzie nakłady inwestycyjne są w przeliczeniu na 1 MW mocy zainstalowanej znacznie niższe niż w przypadku węgla, a o ekonomice produkcji decydują przede wszystkim ceny surowca. Są to też źródła bardzo efektywne energetycznie i elastyczne. Konieczna będzie tylko odpowiedź na pytanie, czy mają być to źródła duże, czyli bloki rzędu 200,300 czy 400 MW, czy raczej rozproszona kogeneracja.

Jednocześnie należy spokojnie, ale konsekwentnie rozwijać prawdziwe OZE, obserwując trendy na rynkach światowych i tak stymulując inwestycje, aby polskie przedsiębiorstwa w większym niż dotychczas stopniu włączały się w międzynarodowy łańcuch dostaw, być może uzyskując w realnej perspektywie wiodącą rolę w niektórych sektorach. Taką szansę widzę na przykład w związku z rozwojem sektora biogazu, ale generalnie Polska jest na tyle dużym rynkiem regionalnym, że długofalowa, stabilna polityka inwestycyjna powinna zachęcać potentatów w tej dziedzinie do lokowania w Polsce produkcji, czy to podzespołów, czy całych instalacji.

Trzeba zmodernizować systemy wsparcia inwestycji, nie tylko dla energetyki odnawialnej. Należy dążyć do tego, aby w realnej perspektywie sektor OZE mógł tworzyć nowe moce bez wsparcia publicznego, osiągając tzw. grid parity. Jestem przekonany, że jest to realne w perspektywie być może krótszej niż 15 lat. Do tego czasu wsparcie dla nowych inwestycji powinno być systematycznie ograniczane, a jednocześnie tak określane, aby decyzje inwestorów o tworzeniu nowych mocy były spójne z rządową optymalną wizją sektora – z tzw. docelowym miksem energetycznym.

To wszystko powinno być przedmiotem ogólnej strategii i obudowujących ją szczegółowych programów, które wskażą inwestorom, w którą stronę będziemy się rozwijać i jak długo te sektory mają szansę w tej szybko zmieniającej się gospodarce funkcjonować.

Nie widzę jednak woli, aby takie – trudne z politycznego i społecznego punktu widzenia – wyzwanie ktokolwiek chciał podjąć. I budzi to we mnie przerażenie, rozczarowanie i niesmak, bo to oznacza, że rządzą nami ludzie, którzy nie mają wizji, nie rozumieją gospodarki i wyzwań, jakie przed nią stoją, nie potrafią wyciągać logicznych wniosków z tego co się dzieje na świecie i kierują się wyłącznie krótkowzrocznymi przesłankami. Ludzie, którzy nie rozumieją, jaka rewolucja zachodzi w sektorze energetycznym w skali globalnej, a jednocześnie jakieś drobne fluktuacje, które się pojawiają na tym rynku (np. chwilowy spadek cen energii, czy jej nośników) – traktują jako wyznaczniki dla długofalowej polityki.

Ciśnie mi się na usta parafraza słynnego wersu z „Wesela” Wyspiańskiego – „niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna…”. Wystarczy słowo „wieś” zamienić na „państwową energetykę”. I mam nieodparte wrażenie, że w chocholim tańcu właśnie przegrywamy bitwę o polską energetykę…

Redakcja reo.pl

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 
link terra
rugu
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.