tytul: Inwestujmy, zamiast tylko wydawać!tytul: Zabrać kopalnym, dać odnawialnymtytul: Awantura o Zatokę Pucką. Rybacy przeciwko Naturze 2000tytul: Polityczne siecitytul: Jak lepiej zarządzać polskim systemem energetycznym? Odpowiada Arkadiusz Węglarztytul: Komisja Europejska podnosi cel OZE na 2030 r. Efekt Putina?tytul: Województwo świętokrzyskie stawia na energetykę rozproszonątytul: Od 19 sierpnia ludzkość jest bankrutem
min
wiadomości

Między Śląskiem a kowadłem

Wybór Donalda Tuska na prezydenta Rady Europejskiej może oznaczać cichą zgodę Unii na spowolnienie polityki klimatycznej.
opublkowano 20 września 2014

Zazwyczaj dobrze zorientowany w brukselskim labiryncie portal Euractiv.com cytował 9 września ekspertów oraz anonimowych dyplomatów, którzy krytycznie ocenili rolę Polski w unijnej polityce klimatycznej. To żadna nowość – od kilku lat jesteśmy postrzegani jako główny hamulcowy procesu, który ma doprowadzić do zmniejszenia roli węgla w unijnym miksie energetycznym. Przy okazji jednak jeden z wysokich rangą polityków Komisji Europejskiej miał powiedzieć, że Tusk będzie „wyzwaniem dla negocjacji klimatycznych”.

Na pierwszy rzut oka tak jest w istocie. Niemcy oraz Francuzi nalegają, żeby odchodzący prezydent Herman Van Rompuy odpowiadał za ostateczny kształt nowego, wewnątrzunijnego pakietu klimatycznego, który powinien zostać przyjęty podczas październikowego posiedzenia Rady Europejskiej. Jeszcze na początku roku wydawało się, że porozumienie zostanie dopięte wiosną, ale wojna na Ukrainie pokrzyżowała te plany. A jeśli Unia nie wypracuje jednolitego stanowiska wystarczająco szybko, rozsypią się przygotowania do przyszłorocznego Szczytu Klimatycznego w Paryżu, który ma zakończyć się ogólnoświatowym porozumieniem w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych. Wbrew wysiłkom i deklaracjom, emisja dwutlenku węgla rośnie bowiem nieprzerwanie, a klimat staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Głosy sceptyków klimatycznych słychać jakby rzadziej, ponieważ trudno dyskutować z miażdżącymi faktami. Grenlandia i Antarktyda tracą ok. 500 km. sześc. lodu rocznie, klimatolodzy z uniwersytetu w Innsbrucku ogłosili ostatnio, że znacząco wzrosło tempo topnienia lodowców na całej kuli ziemskiej. W maju chińscy naukowcy poinformowali, że w ciągu ostatnich 30 lat tybetańskie lodowce skurczyły się o 15%, czyli około 8000 km. kw. Tegoroczne lato – z polskiego punktu widzenia wyjątkowo spokojne – zapamiętają na długo mieszkańcy Północnej Ameryki. W Kanadzie spłonęło prawie 320 tys. ha tundry, w Kalifornii susza utrzymuje się od stycznia. Donald Tusk, niegdyś szczerze zdziwiony faktem, że premierzy zatrudniają doradców od CO2, będzie musiał zmierzyć się z tą rzeczywistością. I oficjalnie uznać, że z globalnej perspektywy kłopoty polskiego sektora wydobywczego są ważne, ale nie najważniejsze.

Utrzymać zależność od węgla

Czy oznacza to, że Donald Tusk znajdzie się w sytuacji trudnej, by nie rzec – schizofrenicznej? Że dostanie się między unijny młot a śląskie kowadło? Z jednej strony będzie musiał oficjalnie reprezentować na zewnątrz zdecydowane stanowisko Unii w sprawie zmian klimatu i przeciwdziałania skutkom tego procesu. Więcej, powinien poszukiwać kompromisu godzącego interesy unijnych krajów uzależnionych od węgla oraz tych, które chcą jak najszybciej rozwijać odnawialne źródła energii. Z drugiej strony: dotychczas reprezentował interesy Polski, bądź, ściślej mówiąc, tej jej części, która za wszelką cenę (nawet za cenę rosnącego importu z Rosji) próbuje utrzymać zależność kraju od węgla. I czynił to dosyć skutecznie, czego dowodem, to szczególnie jaskrawy przykład, przeciągające się w nieskończoność prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii.

Rehabilitacja po polsku

Dowodów na rozbrat premiera z obecną polityką klimatyczną UE jest znacznie więcej. Kluczowy argument kryje się w projekcie unii energetycznej, najważniejszym dotychczasowym projekcie politycznym Donalda Tuska, w Polsce chwilowo zarzuconym z powodu afery taśmowej, ale w innych krajach UE nadal dyskutowanym. Można cynicznie powiedzieć, że geopolityczna zawierucha na wschodzie przyniosła Polsce co najmniej jedną korzyść: pozwoliła rozpocząć ofensywę dyplomatyczną, która w innej sytuacji byłaby niemożliwa do przeprowadzenia. W beznadziejnie uzależnionej od importowanych surowców kopalnych Unii trudno dyskutować z założeniami, ogłoszonymi w kwietniowym „Financial Times” przez polskiego polityka: unia energetyczna ma wzmocnić siłę negocjacyjną krajów unijnych, w tej chwili podzielonych różnorodnymi interesami energetycznymi. Według Tuska najważniejszym zadaniem jest w tej chwili powołanie jednej instytucji, która będzie kupowała hurtowo gaz dla wszystkich 28 krajów UE. Skoro można wspólnie kupować uran, dlaczego nie można kupować błękitnego paliwa? Jeśli mamy do czynienia z monopolistą, bezwzględnie egzekwującym swoje zobowiązania, dlaczego nie przeciwstawić mu jednolitego frontu odbiorców? „Dzisiaj co najmniej 10 krajów członkowskich UE uzależnionych jest od jednego dostawcy – Gazpromu, który pokrywa ponad połowę ich zużycia. Niektóre są całkowicie uzależnione od rosyjskiego, kontrolowanego przez państwo, giganta gazowego” – napisał Tusk w „Financial Times”. Zostawiam w tej chwili na boku rozważania, na ile ów postulat jest realny. Polityk chce również zbudowania „mechanizmów solidarnościowych”, które wspierałyby państwa zagrożone odcięciem dostaw tego surowca, oraz finansowania przez Unię najważniejszych inwestycji gazowych w krajach najmocniej uzależnionych od Gazpromu.

Gra o czarne złoto

Kłopot w tym, że jednym z fundamentów unii ma być według Tuska wykorzystanie zasobów paliw kopalnych UE, w tym węgla i gazu łupkowego. O ile gaz pozostaje wielką niewiadomą, to o węglu można powiedzieć jedno: na obecnym etapie rozwoju technologicznego nie da się pogodzić rehabilitacji tego surowca z polityką klimatyczną. Tym bardziej, że w węglowym pejzażu świata Polska nie jest w tej chwili najważniejszym elementem. Gra o czarne złoto toczy się przede wszystkim w Banku Światowym, gdzie kraje posiadające złoża i poszukujące kredytów na inwestycje (np. Mozambik, Indonezja) ścierają się z mocną, bo wspieraną przez Waszyngton, polityką dekarbonizacji światowej gospodarki. Jak w tę układankę wpasuje się poszukujący możliwości poluzowania klimatycznych rygorów Donald Tusk – trudno doprawdy powiedzieć, choć można podejrzewać, że nie poprzestanie na gładkich, oficjalnych deklaracjach, jakich wymaga sprawowany urząd. Funkcja prezydenta daje bowiem również, aż wstyd o tym przypominać, bardzo duże możliwości działań nieoficjalnych, prowadzonych raczej przy winie niż mikrofonie. W raporcie EurActiv.com jeden z rozmówców wypowiada symptomatyczne zdania: „Zrobiliśmy wszystko, żeby kwestie klimatyczne nie należały do najważniejszych zadań nowego prezydenta. Wiarygodność Tuska w tej kwestii zostanie wkrótce poddana próbie”, mając zapewne na myśli nadchodzące negocjacje.

Dwie sroki za ogon

Istnieje jednak jeszcze jedna możliwość. Wygrana Donalda Tuska może oznaczać bowiem, że unijni dyplomaci postanowili delikatnie rozmiękczyć politykę klimatyczną. Zapał, jak się wydaje, odrobinę ostygł po tym, jak Australia, mocno zaangażowana w walkę z emisją gazów cieplarnianych, zniosła podatek węglowy, uznając, że jest on zbyt restrykcyjny. Jednocześnie statystycy wyliczyli, że krajom UE nie uda się raczej osiągnąć w 2020 r. zakładanego poziomu oszczędności energii i efektywności energetycznej, co stanowiło jeden z fundamentów tzw. pakietu klimatycznego „3x20”. Nie bez znaczenia pozostaje też z pewnością strach przed nieobliczalną Rosją połączony z nienasyconym apetytem na energię oraz wewnętrzną dyskusją w Niemczech, gdzie po wycofaniu się z energetyki jądrowej wzrosło zapotrzebowanie na węgiel. Wszystko to może oznaczać, że w najbliższych latach Unia będzie próbowała łapać dwie sroki za ogon, z jednej strony nadal inwestując w odnawialne źródła energii i efektywność energetyczną, z drugiej zaś – luzując gorset nałożony na paliwa kopalne. Możliwości są tu bardzo różne: można sterować rynkiem uprawnień, można powrócić do subsydiowania węgla. Dla polityki klimatycznej taki obrót spraw byłby niedobry, dla Donalda Tuska, polskiego górnictwa i opartej na węglu energetyki – idealny.

Niezależnie jednak od tego, jak głęboka będzie korekta zielonego kursu, nowy prezydent Rady Europejskiej musi wyleczyć się z fobii na punkcie wiatraków i paneli fotowoltaicznych, od listopada bowiem będzie oglądał je znacznie częściej niż dotychczas.

 

Michał Olszewski dla ChronmyKlimat.pl
Autor jest dziennikarzem i publicystą, specjalizuje się w tematyce ekologicznej.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.