Energia

Brudne interesy na czystej energii

03 kwietnia 2014
min
(galeria fotografii)

W oparach zielonego absurdu, czyli jak działa w energetyce ekologiczna fikcja, a działacze PSL świetnie na tym zarabiają.

To, co posłowie uchwalą (kiedyś) w ustawie o odnawialnych źródłach energii, czyli OZE, ma fundamentalne znaczenie dla każdego, kto korzysta z telewizora, pralki czy komputera. Ustalą bowiem, ile – i na jakich zasadach – zapłacimy za produkcję czystej, zielonej energii. Rodzące się od trzech lat w wielkich bólach w Ministerstwie Gospodarki przepisy miały w marcu zostać przyjęte przez rząd i trafić do Sejmu.

Autorzy projektu wciąż jednak przy nim majstrują, a eksperci zajmujący się energetyką wieszczą, że zanim nowe przepisy zaczną obowiązywać, miną kolejne dwa, trzy lata. Albo i więcej. – Jeśli wcześniej Komisja Europejska dobierze się nam do skóry za dopłaty do tzw. współspalania biomasy, to ustawę o OZE trzeba będzie pisać od nowa – mówi poseł Platformy Obywatelskiej z sejmowej komisji gospodarki zajmujący się energetyką.

A że się dobierze, to właściwie pewne.

Alarm

18 stycznia, Warszawa. Obraduje Rada Naczelna PSL. Podczas luźnej dyskusji były prezes PSL, a obecnie szef Rady i eurodeputowany tej partii Jarosław Kalinowski rzuca pomysł napisania uchwały, która zablokuje budowę elektrowni atomowej. Popiera go między innymi Jan Bury – zausznik Waldemara Pawlaka, szef klubu parlamentarnego PSL. Na kartce papieru spisują manifest, w którym PSL jednoznacznie opowiada się przeciwko budowie atomówki i żąda rozwoju odnawialnych źródeł energii. Z treści wynika, że za wykonanie uchwały jest osobiście odpowiedzialny Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki i prezes PSL.

Dla Piechocińskiego to wyjątkowo niezręczna sytuacja. W styczniu nanosił ostatnie poprawki na rządowy – przygotowywany w jego resorcie – projekt rozwoju energetyki jądrowej. Dokument przewiduje wybudowanie w Polsce dwóch takich elektrowni. Pierwsza ma ruszyć za 10 lat.

A teraz koledzy kazali mu ten projekt storpedować.

– Ta uchwała to wotum nieufności dla Piechocińskiego za to, że odpuścił ustawę o odnawialnych źródłach energii, na której Pawlakowi bardzo zależy. Ale i wyraźny sygnał dla Platformy, że jeśli ustawa przejdzie w takim kształcie jak teraz, to w rewanżu PSL przestanie popierać pomysł budowy elektrowni atomowej. Robimy taki szantaż – mówi polityk PSL z Mazowsza.

Elektrownię atomową ma budować państwowa Polska Grupa Energetyczna. A dokładniej jej spółka córka EJ1, na której czele stoją ludzie PO. Jest o co się bić.

Z kolei Waldemar Pawlak – jeszcze jako lider PSL, wicepremier i szef resortu gospodarki – napisał projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii, który gwarantował solidne wsparcie dla inwestorów budujących wiatraki czy instalacje baterii słonecznych. Miała przybliżyć Polskę do spełnienia unijnego wymogu – 19 proc. udziału OZE w produkcji energii elektrycznej w 2020 r. I była przy okazji bardzo korzystna dla elektoratu PSL. Na zachodzie Europy niewielkie elektrownie wiatrowe (wiatraki) czy słoneczne (baterie) chętnie stawiają mieszkańcy wsi.

– Pawlak chciał być ojcem założycielem sektora OZE w Polsce. Ale gdy jego miejsce w rządzie zajął Janusz Piechociński, to PSL zaczęło OZE przegrywać. Karty w rozgrywce o nową ustawę zaczął rozdawać resort finansów i ludzie Jana Krzysztofa Bieleckiego z kancelarii premiera – dodaje polityk PSL.

W efekcie powstająca ustawa jest korzystna przede wszystkim dla wielkich elektrowni węglowych (głównie firm państwowych) i dla państwowej kasy. – System wspierania ekologicznej energii jest tak skonstruowany, że ukryte w rachunkach za prąd opłaty ostatecznie trafiają w postaci dywidend do skarbu państwa. Nowa ustawa zakonserwuje ten stan na lata – uważa Robert Rybski, prawnik z fundacji ClientEarth, zajmującej się ochroną klimatu.

Zielonym do dołu

Czy przestarzały piec węglowy w gierkowskiej elektrowni może produkować czystą, zieloną energię? Na papierze – jak najbardziej. Wystarczy do miału węglowego dorzucić biomasę, czyli zielone odpady lub uprawiane w tym celu rośliny energetyczne. Taki piec kopci jak węglowy, ale zgodnie z dość absurdalną unijną nomenklaturą jest ekologiczny.

Dzięki takiemu podejściu nawet najwięksi producenci dwutlenku węgla w Polsce – jak elektrownie w Bełchatowie czy Kozienicach – to czołowi producenci zielonej energii. Oczywiście nie spalają biomasy wyłącznie z pobudek ekologicznych. Za każdą megawatogodzinę (MWh) energii wytworzoną w piecu węglowym dostają na rynku hurtowym około 200 zł. Jeśli jednak do każdej tony spalanego węgla dodadzą ok. 100 kg biomasy, to energia w cudowny sposób staje się ekologiczna. Potwierdza to uzyskany od Urzędu Regulacji Energetyki (URE) zielony certyfikat.

Zielony certyfikat wcale nie jest zielony – to elektroniczny zapis, który można sprzedać na wolnym rynku. W marcu jego giełdowa cena wynosiła ok. 230 zł. Zielone certyfikaty kupują firmy, które emitują duże ilości CO2. Polski rynek zielonych certyfikatów jest wart 4-5 mld zł rocznie.

Zręby tego systemu powstały w 2005 r., jeszcze za rządów SLD. – Zakładaliśmy, że współspalanie węgla i biomasy będzie marginesem rynku zielonej energii, sposobem na wykorzystanie zielonych odpadów. Zabrakło wyobraźni. Wsparcie dla współspalania stało się systemową patologią, która wypacza sens promowania zielonej energii – mówi Tomasz Podgajniak, minister środowiska w rządzie SLD, dziś prezes spółki Enerco, inwestującej w elektrownie wiatrowe.

To, co miało być marginesem, stało się fundamentem rynku OZE. Ponad połowa zielonych certyfikatów z URE trafia do elektrowni spalających biomasę. – To chore! Przecież pieniądze z zielonych certyfikatów, na które solidarnie zrzucają się użytkownicy energii elektrycznej, powinny służyć inwestycjom w niewielkie, rozproszone, odnawialne źródła energii. Płacimy grube miliardy elektrowniom, ale inwestycji w nowe źródła energii z tego tyle co nic! – denerwuje się Kazimierz Żmuda, wicedyrektor Departamentu Rynków Rolnych w Ministerstwie Rolnictwa.

Dziewięć miliardów

Żeby dostosować stary blok węglowy do współspalania biomasy, wystarczą niewielkie przeróbki. – Od 2005 r. spółki energetyczne wydały na dostosowanie instalacji do współspalania biomasy ok. 2 mld zł. W tym samym czasie otrzymały i odsprzedały zielone certyfikaty warte co najmniej 11 mld zł – wylicza Tomasz Podgajniak. Więc 9 mld zł jest do przodu.

autor: Radosław Omachel
źródło: http://biznes.newsweek.onet.pl

tytul: W weekend elektrownia Trianel odłączona od sieci na trzy dnitytul: Ekolodzy podpowiadają, na co wydać unijne pieniądzetytul: D. Tusk: zbyt duże wsparcie dla OZE tytul: Pawlak tworzy lokalne grupy energetycznetytul: Nowe morowe powietrzetytul: Zapisy ustawy o OZE mogą być niekonstytucyjne. Dyskryminują drobnych wytwórców energii odnawialnejtytul: Większe ryzyko nowotworowe u dzieci mieszkających przy ruchliwych ulicachtytul: GDF Suez gasi światło w Europie
view_list  inne artykuły z tematu Energia:
mh

Zablokowanie przemian energetycznych jest groźne dla gospodarki oraz rozwoju D. Śląska i Polski

O debacie nt. transformacji energetycznej i gospodarczej Dolnego Śląska pod patronatem honorowym Marszałka Województwa

mh

RAPORT Górnictwo: węglowa przyszłość czy sprawiedliwa transformacja

Od wielu lat górnictwo węgla kamiennego w Polsce jest w dramatycznej sytuacji ekonomicznej. 

mh

Musimy uniezależniać się od węgla

Akcjonariusze podczas Walnych ENERGI i ENEI

mh

Polska Energiewende* 2023

Nie mamy strategii energetycznej transformacji. To sprzeczne z racją stanu Polski. PiS, ani opozycja parlamentarna tego nie  widzi? Teskt R. Gawlika z 2013 r aktualny dziś! czytaj... I słuchaj audycji w TOK FM na ten temat...

mh

Tu była kopalnia

31 marca i 1 kwietnia 2017 r. zapiszą się w historii polskiego górnictwa węgla kamiennego niewątpliwie. Jak? Oceni to historia. 

pokaż więcej touch_app
 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.